Przyjaciele są jak gwiazdy na niebie, czasem ich nie widać, ale zawsze wiesz, że tam są.
Chłopak wyszedł z dormitorium i skierował się do Wielkiej Sali. Przeszedł przez ruchome schody, bo był to najszybszy możliwy transport na drugą stronę. Teodor wszedł do jadalni, w której panował przyjemny dla uszu gwar. Zapach dobrego jedzenia zachęcał do wejścia i zajęcia miejsca przy stole. Nott poszedł do ostatniego z nich. Ślizgoni obecni przy nim już kończyli posiłek. Teodor nałożył na swój talerz niedużą porcję jajecznicy, za którą szczerze nie przepadał i włożył widelec do ust. Zjadł ją bardzo szybko. Wolał uniknąć spóźnienia pierwszego dnia lekcji.
Gdy skończył konsumować swoje śniadanie udał się do lochów. Pracownia eliksirów nosiła ze sobą stęchły zapach, którego Teodor wręcz nie znosił. Przypomniało mu się, że dzisiaj ma podwójne zaklęcia z Gryfonami. A że nienawidził czarodziejów z domu Gryffindora od razu zrobiło mu się niedobrze. Myśl o przeżyciu tego dnia do końca wywierała na nim nieprzyjemne drganie w żołądku. Teodor wyjął z torby podręcznik i przestudiował go. Nie miał okazji tego zrobić, a eliksiry były jego cichą pasją. Oczywiście nie miał gdzie jej rozwijać, bo prawdziwą gwiazdą na lekcjach Horacego Slughorna od zawsze był Harry Potter. Teodorowi zdawało się, że profesor potrafi chwalić dosłownie za wszystko. I jak zawsze ta przyjemność spada na Harry'ego Pottera. Nott ziewnął przeciągle.
Rozległ się głęboki głos dzwona zwiastujący rozpoczynającą się lekcje. Nott powlókł się do klasy za grupką Gryfonek, które jako pierwsze zareagowały. Draco i Blaise jeszcze nie przyszli, ale Teodor zauważył Pansy Parkinson cisnącą się do wejścia. Podszedł do dziewczyny i ścisnął mocno jej ramię. Parkinson spojrzała na niego czarnymi jak smoła oczami.
— Widziałaś Draco i Blaise'a? — spytał Nott nieco przejęty nieobecnością przyjaciół. Parkinson pokręciła przecząco głową i zajęła miejsce przy tym samym stoliku co Nott.
Lekcja się rozpoczęła. Horacy Slughron właśnie zaczynał swój powitalny monolog gdy drzwi ze skrzypnięciem się otworzyły. Teodor liczył, że zobaczy w nich swoich przyjaciół jednak się pomylił. Weszła przez nie drobna blondynka z wyłupiastymi, błękitnymi oczami. Nigdy wcześniej jej tu nie widział ale wydawała mu się znajoma. Lekko czerwona na policzkach zajęła stolik z jakimiś Ślizgonkami. Te powitały ją dość gorąco. Do Teodora doleciało nazwisko dziewczyny. Yaxley? - zdziwił się. Było to niemożliwe. A jednak nie przesłyszał się.
— Panna Yaxley! Słyszałem o twoim powrocie, Scarlett. I jak? — zapytał nauczyciel. W jego głosie dało się wyczuć sztuczne podekscytowanie. Scarlett również to wyczuła.
— W porządku, dziękuję. — odparła obojętnie szczerząc się do profesora. Slughorn nie pałał miłością do córek śmierciożerców, co chyba naprawdę rzucało się w oczy. Teodor przyłapał kilku Gryfonów na podziwianiu Scarlett Yaxley. Wszyscy chcieli wiedzieć jak wygląda córka sławetnego śmierciożercy. Dziewczyna była lekko różowa na policzkach.
I wtedy Nott'owi wszystko się przypomniało. Scarlett Yaxley była niedoszłą uczennicą Hogwartu. Pamiętał ją doskonale. Dziewczyna chodziła tam tylko rok, a zważywszy na bezpieczeństwo innych uczniów musiano ją stamtąd zabrać. Teodor nigdy by jej nie poznał.
Lekcja toczyła się dalej. Nott'owi dłużyła się w nieskończoność. Słuchanie paplaniny profesora Slughorna już mu się przejadło, a myśl o następnej lekcji z nim przyprawiała go o zawrót głowy.
Gdy zabrzmiał dzwonek Teodor poczuł głęboką ulgę. Taką jakiej nie czuł już dawno.
~*~
Scarlett czuła się zawstydzona. Przez cały dzień zdawało jej się, że jest to jej pierwszy dzień tutaj. Że jest pierwszoroczniakiem, który przy wszystkich wypada słabo. Dziewczyna przecinała korytarze, a jej szata miotała złowrogo. Blondynka nie była zadowolona z tego dnia. Chciała zaczerpnąć odpoczynku ale trudno było o choć chwilę wytchnienia. Gryfoni mierzyli ją chłodnymi spojrzeniami, jakby mieli do niej jakieś wyrzuty. Scarlett dobrze wiedziała kto jest jej ojcem. Wiedziała do czego przyczynił się ten człowiek i bardzo nie chciała wracać myślami do ich historii. Relacje z ojcem nigdy nie były udane. Zawsze burzyły je jakieś kłótnie, w które czasami się wplątywała. Bez powodu. A teraz gdy opuścił Azkaban przerażała ją każda możliwa myśl.
Yaxley dotarła do pokoju wspólnego. Było w nim gwarno. Hałas zawsze pozwalał jej się skupić. Dziewczyna usiadła przy pustym stoliku i zaczęła skrobać coś na pergaminie. Gdy skończyła pracę domową postanowiła wyjść na błonia. Trawa była soczyście zielona, a wiatr ogałacał drzewa z liści. W różnych barwach wirowały one pośród sporej ilości uczniów. Większość z nich spędzała czas na świeżym powietrzu rozmawiając. Scarlett żałowała, że nie ma z kim powłóczyć się po błoniach. Brakowało jej prowadzenia szczerych rozmów.
Dziewczyna przespacerowała się dalej. Było tam jezioro, które we wrześniu miało przejrzysty zielonkawy kolor. Scarlett włożyła palec do lodowatej wody i powiodła nim dookoła. Otarła mokry kciuk o hebanowy rękaw szaty i poszła dalej. Zobaczyła jak jakaś postać zbliża się do niej. Poznała w niej Dafne Greengrass, która rozpostarła przed nią ramiona na eliksirach i pozwoliła sobie na zapoznanie się z nią.
— Scarlett! — zawołała Greengrass wymachując rękoma w stronę przyjaciółki. Scarlett podbiegła do Dafne i przywitała ją. — I jak pierwszy dzień?
— Całkiem dobrze — skłamała Scarlett czując nieprzyjemną wilgoć na dłoniach. Nie czuła się komfortowo w towarzystwie nowych osób.
— Dlaczego nie było cię na wczorajszej imprezie? Miałabyś to wszystko za sobą. — Dafne przymknęła zielone oczy.
— Przepraszam. Byłam zmęczona podróżą. — dziewczyna uśmiechnęła się nieśmiało do Greengrass, która zignorowała to.
Zapadła niezręczna cisza, która wydawała się być niemiłosiernie długa. W końcu Dafne otworzyła usta. Wydobyło się z nich ciche pytanie.
— Długo mieszkasz w Londynie?
— Odkąd pamiętam — odpowiedziała. I wtedy musiała zdecydować się na kontynuację. Nie wiedziała czy Dafne jest godna zaufania. Bez żadnego ostrzeżenia ciągnęła. — Ojciec był jeszcze wtedy normalny. Nie wiem kiedy to się stało. Zabił wiele osób. Nie wiem dlaczego zrobili mi litość. Przyjęli mnie tu. Nie mam pojęcia dlaczego.
Dafne patrzyła przez chwilę nieobecnym wzrokiem na Scarlett, która poczuła jak robi się sina na twarzy. Myślała, że zaraz zemdleje.
— Chodźmy na obiad, Scarlett. — powiedziała Dafne i chwyciła ją mocno za rękę.
~*~
— Chcę wam kogoś przedstawić. — zadeklarowała Greengrass patrząc zielonymi oczami na niedużą grupkę przyjaciół. — Scarlett Yaxley.
Teodor Nott spojrzał na dziewczynę i skinął do niej głową ściskając jej zimną jak lód dłoń. To samo zrobił Draco, który z lekką odrazą wytarł palce o szatę oraz Blaise, który bez końca szczerzył się do Scarlett. Dziewczyna nie miała pojęcia co ma zrobić w takiej sytuacji. Zajęła miejsce obok Dafne, która w przeciwieństwie do niej była bardzo charyzmatyczną osobą.
— Dlaczego jesteś tu dopiero teraz? — zaciekawił się czarnoskóry Ślizgon, który mierzył dokładnie twarz Scarlett czekoladowymi tęczówkami. Dziewczynie odebrało mowę. Nie wiedziała jak ma im wszystkim to wytłumaczyć. Wstydziła się o tym mówić.
— Wyrzucili mnie wtedy. Sześć lat temu. Moja matka kazała mi tu wrócić... — zaczęła. Poczuła na sobie spojrzenie Draco Malfoy'a. Blondyn faktycznie na nią patrzył.
— Dopiero teraz?
— Tak.
Zapadło milczenie, którego nawet Dafne nie potrafiła złamać. Dopiero po jakiejś chwili ktoś się odezwał. Był to Teodor Nott.
— Już tak późno? — zawołał. Scarlett nie do końca wiedziała czy było to pytanie. — Muszę lecieć.
— Cholera! — zaklął cicho Blaise podnosząc się. — Przepraszamy, panie. — Dafne zachichotała cicho. — Dobranoc!
— Nawzajem! — pożegnała ich blondynka. Uśmiech rozświetlił jej zielone oczy. Scarlett uśmiechnęła się blado do Malfoy'a, który odwrócił się w ich stronę odchodząc.
— Do jutra — powiedziała Dafne ziewając głośno.
Gdy zniknęła za drzwiami do dormitorium Scarlett poczuła na ramionach zimno. Przez chwilę zdawało jej się, że coś słyszy. Gdy się odwróciła nie zauważyła nic poza ginącymi w ciemności meblami.