Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.
Anglia poniewierała się w lodowatej szarej mgle. Teodor Nott słyszał monotonne uderzanie kropel deszczu o szybę, w którą bez celu się wpatrywał. Czuł, że jego myśli są teraz beznamiętne, jakby to wszystko wcale nie działo się naprawdę. Jednak miał świadomość, że wszystko jest realne. Mógł wyciągnąć rękę i opuszkiem palców dotknąć parapetu, mógł krzyknąć, mógł zrobić krok do tyłu; jednak coś się zmieniło. Nie czuł już tego samego entuzjazmu i szczęścia, które często porównywał do podróży do Hogwartu. Teraz to już nie był ten sam koniec sierpnia. A Nott'owi zdawało się, że nawet on nie był taki sam jak kiedyś.
Od tamtego pamiętnego czasu wszystko straciło swoją barwę. Teodorowi często zdawało się, że ogląda jakiś czarno-biały film, który dłuży się w nieskończoność. Po wojnie wszystko się zmieniło, a widok miotających w Czarnego Pana zaklęć wcale nie przywracał przyjemnej świadomości bezpieczeństwa. W jego życiu coś się zmieniło. Ewenementy rzadko następowały gdy miał wszystko pod kontrolą. Czasem jego życie przypominało mu półkę, na której wszystkie książki są równo poukładane obok siebie. Na miejscu. Ale teraz to już sam nie wiedział do czego może je porównywać.
Pierwszy maja. Ta data zapadła mu głęboko w pamięć. Mimo, że to już się zdarzyło wydawało mu się, że ciągle trwa. Teodor rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym był. Była to jego sypialnia, a łóżko zostało przez niego upodobane jako obiekt, na którym postanowił spędzić cały dzień. Nie chciał nigdzie wychodzić w taką złą pogodę, nie wspominając już o opuszczeniu pokoju. Nott'owi minuty zaczęły mylić się z godzinami. Czuł jak sekundy wolno lecą, zatrzymują się w połowie drogi do nadejścia nowej godziny, a potem z flegmatycznym opóźnieniem wreszcie się kończą.
Nagle za szybą wychwycił jakiś obiekt, który nerwowo w nią postukiwał. Bez wątpienia był to znajomy mu puchacz. Jego szerokie, miodowe oczy patrzyły błagalnie na Teodora. Chłopak otworzył okno. Ptak wleciał do środka wbijając pazurki w oparcie fotela. Teodor wyjął z jego dzioba list, który zdążył się już zmoczyć. Czarne litery na nim były rozmazane jednak czytelne. Teodor rozpoznał pismo swojego przyjaciela. Ale dlaczego Draco do niego pisał? Teodor szybko przesuwał oczami po treści listu. Szybko zauważył, że Malfoy jedzie na tym samym wózku. Draco napisał o tym co się stało ze wszystkimi śmierciożercami. W tym z jego ojcem.
Lucjusz trafił do Azkabanu, a czas jego pobytu tam był nieokreślony. Teodor zmiął list w kulkę i rzucił nią w stronę śmietnika. Pergamin jednak uderzył o krawędź kwadratowego pudła i upadł na dywan. Teodor nie przejął się tym zbytnio i nakarmił swojego gościa ziarnem, które awaryjnie trzymał w szufladzie. Gdy sowa odleciała Teodor zaczął zastanawiać się nad tym czy warto odpowiadać na list przyjaciela. Wiedział, że kontakty z nim doprowadzają panią Nott do białej gorączki. Jego matka postanowiła nie utrzymywać rozmów z Malfoy'ami. Gdy tylko usłyszała ich nazwisko ucinała wściekle rozmowę o nich.
Teodor wyjął nieużyty skrawek pergaminu i skwapliwie zaczął swoją odpowiedź. Jego ręka chwiała się gdy nie wiedział co ma pisać dalej. Słowa przelewał na papier mało myśląc o ich sensie. Teraz to nie miało najmniejszego znaczenia. Teodor skończył pisać i postawił stanowczą kropkę za swoim imieniem. Zszedł po krętych, marmurowych schodach na dół i niezauważalnie wkradł się do jadalni. Otworzył klatkę z sową, która zahuczała przyjaźnie na widok właściciela. Teodor syknął na nią i włożył do dzioba ptaka swoją odpowiedź. Gdy tylko okno się otworzyło sowa wyleciała dumnie ginąc w śnieżnobiałej mgle.
Od tamtego pamiętnego czasu wszystko straciło swoją barwę. Teodorowi często zdawało się, że ogląda jakiś czarno-biały film, który dłuży się w nieskończoność. Po wojnie wszystko się zmieniło, a widok miotających w Czarnego Pana zaklęć wcale nie przywracał przyjemnej świadomości bezpieczeństwa. W jego życiu coś się zmieniło. Ewenementy rzadko następowały gdy miał wszystko pod kontrolą. Czasem jego życie przypominało mu półkę, na której wszystkie książki są równo poukładane obok siebie. Na miejscu. Ale teraz to już sam nie wiedział do czego może je porównywać.
Pierwszy maja. Ta data zapadła mu głęboko w pamięć. Mimo, że to już się zdarzyło wydawało mu się, że ciągle trwa. Teodor rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym był. Była to jego sypialnia, a łóżko zostało przez niego upodobane jako obiekt, na którym postanowił spędzić cały dzień. Nie chciał nigdzie wychodzić w taką złą pogodę, nie wspominając już o opuszczeniu pokoju. Nott'owi minuty zaczęły mylić się z godzinami. Czuł jak sekundy wolno lecą, zatrzymują się w połowie drogi do nadejścia nowej godziny, a potem z flegmatycznym opóźnieniem wreszcie się kończą.
Nagle za szybą wychwycił jakiś obiekt, który nerwowo w nią postukiwał. Bez wątpienia był to znajomy mu puchacz. Jego szerokie, miodowe oczy patrzyły błagalnie na Teodora. Chłopak otworzył okno. Ptak wleciał do środka wbijając pazurki w oparcie fotela. Teodor wyjął z jego dzioba list, który zdążył się już zmoczyć. Czarne litery na nim były rozmazane jednak czytelne. Teodor rozpoznał pismo swojego przyjaciela. Ale dlaczego Draco do niego pisał? Teodor szybko przesuwał oczami po treści listu. Szybko zauważył, że Malfoy jedzie na tym samym wózku. Draco napisał o tym co się stało ze wszystkimi śmierciożercami. W tym z jego ojcem.
Lucjusz trafił do Azkabanu, a czas jego pobytu tam był nieokreślony. Teodor zmiął list w kulkę i rzucił nią w stronę śmietnika. Pergamin jednak uderzył o krawędź kwadratowego pudła i upadł na dywan. Teodor nie przejął się tym zbytnio i nakarmił swojego gościa ziarnem, które awaryjnie trzymał w szufladzie. Gdy sowa odleciała Teodor zaczął zastanawiać się nad tym czy warto odpowiadać na list przyjaciela. Wiedział, że kontakty z nim doprowadzają panią Nott do białej gorączki. Jego matka postanowiła nie utrzymywać rozmów z Malfoy'ami. Gdy tylko usłyszała ich nazwisko ucinała wściekle rozmowę o nich.
Teodor wyjął nieużyty skrawek pergaminu i skwapliwie zaczął swoją odpowiedź. Jego ręka chwiała się gdy nie wiedział co ma pisać dalej. Słowa przelewał na papier mało myśląc o ich sensie. Teraz to nie miało najmniejszego znaczenia. Teodor skończył pisać i postawił stanowczą kropkę za swoim imieniem. Zszedł po krętych, marmurowych schodach na dół i niezauważalnie wkradł się do jadalni. Otworzył klatkę z sową, która zahuczała przyjaźnie na widok właściciela. Teodor syknął na nią i włożył do dzioba ptaka swoją odpowiedź. Gdy tylko okno się otworzyło sowa wyleciała dumnie ginąc w śnieżnobiałej mgle.
Nawet nawet ciekawe...
OdpowiedzUsuńAle mam uwagę: więc według mnie starasz się pisać profesjonalnie. Niestety tak nie jest. Nie ma błędów ale tekst wydaje się drętwy, jakbyś pisała wypracowanie, a nie opowiadanie. Przepraszam za krytykę jednak każdemu się czasem przyda (:
Dziękuję.
UsuńMam prośbę. Profil Anonimowy jest dla użytkowników, którzy nie mają konta Google. Więc proszę żeby takie osoby po prostu to tłumaczyły.
Pozdrawiam, Friv.
Podoba mi się :D
OdpowiedzUsuńTylko czemu zmieniłaś nick? Przecież tamten był taki uroczy... Ale to twoja decyzja i nie będę się w nią wtrącać. Ale przyznam, że Frivette też fajnie brzmi :)
Zapraszam do mnie!
http://still-love-not-dead.blogspot.com/
Dziękuję.
UsuńUkazał się rozdział pierwszy, więc zachęcam do przeczytania jeśli oczywiście masz ochotę.