Czasem trzeba obejrzeć się za siebie, by zrozumieć to, co niesie przyszłość.
Gdy pociąg tylko się zatrzymał wylał się z niego tłum uczniów. Wśród nich był również Teodor Nott, który kuśtykał nierówno za Draco i Blaise'm. Obłożony był ciężkim bagażem. Ostry ból w żebrach dawał o sobie znać. Nott położył kufer na płycie chodnikowej. Daleko przed nim rozpościerał się Hogwart. Wtulony w szwedzkie wzgórza zamek był całkowicie odnowiony.
Wieża, która podczas wojennego kryzysu była doszczętnie zniszczona wyglądała teraz tak samo jak wcześniej. Teodor wciągnął do płuc głębokie i czyste powietrze. Z zamyśleń wyrwał go Draco. Arystokrata wyglądał na poddenerwowanego. Pociągnął za sobą Nott'a, który zdążył jedynie chwycić swój kufer. Wszyscy ruszyli za profesor McGonagall, która szybko powiodła po licznej grupie surowym jak zawsze wzrokiem.
Gdy tylko Teodor minął potężne wrota zamku poczuł woń zatęchłych pergaminów i czegoś czego nie umiał opisać. Nott dołączył szybko do garści uczniów, którzy zmierzali do Wielkiej Sali na ucztę powitalną. Pierwszoroczniacy już tam byli. Wszyscy w nerwach stali przed niewysokim podium czekając na rozpoczęcie się ceremonii. Teodor ledwo uciął wzrokiem grupę młodszych od siebie czarodziejów i zajął miejsce przy stole Slytherinu.
Srebrno-zielone barwy dominowały nad długim, drewnianym stołem. Nott z dumą przyuważył ogromnego węża, który rozpościerał się nad jego głową. Rozpoczęła się beznamiętna przemowa nowej dyrektorki, która ciągnęła się wszystkim niemiłosiernie. Gdy McGonagall skończyła skinęła głową profesorowi Flitwickowi, który był jej zastępcą. Miniaturowych rozmiarów mężczyzna podniósł się z krzesła i chwycił długą rolkę pergaminu. Rozwinął ją i przeczytał pierwsze nazwisko. Wysoka i smukła dziewczynka z długimi, ciemnymi warkoczykami usiadła na stołku, a profesor Flitwick z trudem wsunął jej na głowę Tiarę Przydziału. Ta bez dłuższego namysłu przydzieliła ją do domu Roweny Ravenclaw.
Dziewczynka jednym susem znalazła się przy odpowiednim stole z szerokim uśmiechem na twarzy. Teodorowi przypomniał się pierwszy dzień w Hogwarcie. Tiara również nie zastanawiała się długo nad wyborem domu dla niego.
Gdy Ceremonia Przydziału dobiegła końca profesor McGonagall klasnęła głośno w dłonie. Wszelakie półmiski, talerze czy kieliszki rzuciły się do lotu. Kończyły swą wędrówkę na stołach poszczególnych domów. Teodor nie oglądał się za siebie jak dużo ciekawskich, którzy podziwiali niezwykły lot przedmiotów. Nott znudzony tym wydarzeniem nalał do swojego kieliszka soku dyniowego. Blado pomarańczowy płyn wypełnił szklane naczynie.
Gdy uczta się skończyła zaczarowane sklepienie w Wielkiej Sali było całkowicie ciemne. Teodor podniósł się i nie czekając na Draco, Blaise i Pansy wyszedł z pomieszczenia. Na korytarzach panował półmrok. Starożytne mury wydzielały nieprzyjemny i stęchły zapach ciągnąc go razem z zimnem. Teodor poczuł na barkach chłód. Szybko on jednak zniknął. Gdy Nott wszedł do pokoju wspólnego Ślizgonów zauważył, że jest on przyszykowany. Wszystko było oczywiste; Ślizgoni lubili od czasu do czasu się zabawić, a początek roku był idealną porą na to by zorganizować zabawę.
Teodor nie miał jednak zamiaru na nią iść. Wiedział, że od dzisiaj jego decyzje muszą być rozsądniejsze. Wiele stracił i żałował tego kim był. A warto czasem przeprowadzić jakąś zmianę.
Scarlett stanęła przed marmurowymi posągami gargulców. Wypowiedziała cicho hasło, które zdradziła jej tamtego dnia dyrektorka i weszła do okrągłego gabinetu. Minerwa McGonagall siedziała za mahoniowym biurkiem. Wskazała jej ręką fotel przed nim. Blondynka podeszła tam i usiadła na nim zapadając się w jego miękkiej konstrukcji.
— Panno Yaxley, dlaczego postanowiłaś tu wrócić? — zapytała Minerwa poprawiając kwadratowe okulary na szpiczastym nosie.
— Jestem gotowa, naprawdę. Sześć lat temu byłam pod kontrolą mojego ojca... Ja nie wiedziałam co robię. — powiedziała stanowczym głosem, który prawie załamał się pod natłokiem szarych myśli. Jednak Scarlett wiedziała, że nie może tego zepsuć.
— Na pewno? Twój ojciec uciekł z Azkabanu. Zdajesz sobie sprawę z tego, że jeżeli zaszkodzi naszej szkole będziesz musiała odejść z niej na zawsze? — Scarlett pokiwała głową. — A więc — ciągnęła nauczycielka. — Jeżeli twoja matka cię tu przysłała... Cóż, najpierw musisz mi coś obiecać, Scarlett. — Minerwa zniżyła głos do szeptu. Rzadko zdarzało się, że robiła coś podobnego ale ta sytuacja tego wymagała. — Jeśli będzie się zbliżał musisz uciekać. Nie będziesz mogła tu zostać.
— A jeśli się nie pojawi? — zasugerowała bardziej optymistyczną wersją. Minerwa przez chwilę milczała układając w głowie odpowiedź.
— Wtedy będziesz musiała tu zostać. Pamiętaj, że zostaniesz przeniesiona. Będziesz tu musiała spędzić sześć lat. Czy to jasne? — spytała kobieta w wysokim koku.
— Tak. Czy to znaczy... że ja...
— Yaxley — przerwała jej McGonagall. Powiodła po jej twarzy smutnym ale surowym spojrzeniem. — Uważaj na siebie, dobrze?
— Tak jest, pani profesor. — Scarlett o mało co nie wyskoczyła z siebie przemierzając korytarz. Wieczorem wydawał się być jeszcze straszniejszy niż zwykle, a dziewczyna była tu tylko raz w życiu. Ten rok był dla niej najwspanialszym w życiu. Wtedy kiedy jeszcze wszystko było normalne. Potem ojciec stał się śmierciożercom i odwrócił cały jej świat. Scarlett odgoniła te myśli z głowy, bo nawet to nie mogło zepsuć jej tej nocy.
Dziewczyna odszukała przejście do pokoju wspólnego Slytherinu. Zauważyła, że zgromadzili się tam wszyscy. Przynajmniej ci powyżej czternastu lat. Scarlett wyczuła obecność ognistej whisky, która stała na stoliku. Dało jej to do zrozumienia, że czas odejść. Wolała nie wplątywać się w żadne kłopoty.
Obejrzało się za nią grono młodszych chłopaków, jednak ona zignorowała to. Popędziła do dormitorium dziewcząt. Nikogo w nim nie było. Scarlett opadła na łóżko, przy którym umieściła wcześniej swój kufer. Cieszyła się, że Minewra okazała się być wyrozumiała.
Sześć lat tu do odpokutowania pomyślała z uśmiechem. Ale nie było to dla niej żadną karą. Wręcz przeciwnie. Nagrodą.
Wieża, która podczas wojennego kryzysu była doszczętnie zniszczona wyglądała teraz tak samo jak wcześniej. Teodor wciągnął do płuc głębokie i czyste powietrze. Z zamyśleń wyrwał go Draco. Arystokrata wyglądał na poddenerwowanego. Pociągnął za sobą Nott'a, który zdążył jedynie chwycić swój kufer. Wszyscy ruszyli za profesor McGonagall, która szybko powiodła po licznej grupie surowym jak zawsze wzrokiem.
Gdy tylko Teodor minął potężne wrota zamku poczuł woń zatęchłych pergaminów i czegoś czego nie umiał opisać. Nott dołączył szybko do garści uczniów, którzy zmierzali do Wielkiej Sali na ucztę powitalną. Pierwszoroczniacy już tam byli. Wszyscy w nerwach stali przed niewysokim podium czekając na rozpoczęcie się ceremonii. Teodor ledwo uciął wzrokiem grupę młodszych od siebie czarodziejów i zajął miejsce przy stole Slytherinu.
Srebrno-zielone barwy dominowały nad długim, drewnianym stołem. Nott z dumą przyuważył ogromnego węża, który rozpościerał się nad jego głową. Rozpoczęła się beznamiętna przemowa nowej dyrektorki, która ciągnęła się wszystkim niemiłosiernie. Gdy McGonagall skończyła skinęła głową profesorowi Flitwickowi, który był jej zastępcą. Miniaturowych rozmiarów mężczyzna podniósł się z krzesła i chwycił długą rolkę pergaminu. Rozwinął ją i przeczytał pierwsze nazwisko. Wysoka i smukła dziewczynka z długimi, ciemnymi warkoczykami usiadła na stołku, a profesor Flitwick z trudem wsunął jej na głowę Tiarę Przydziału. Ta bez dłuższego namysłu przydzieliła ją do domu Roweny Ravenclaw.
Dziewczynka jednym susem znalazła się przy odpowiednim stole z szerokim uśmiechem na twarzy. Teodorowi przypomniał się pierwszy dzień w Hogwarcie. Tiara również nie zastanawiała się długo nad wyborem domu dla niego.
Gdy Ceremonia Przydziału dobiegła końca profesor McGonagall klasnęła głośno w dłonie. Wszelakie półmiski, talerze czy kieliszki rzuciły się do lotu. Kończyły swą wędrówkę na stołach poszczególnych domów. Teodor nie oglądał się za siebie jak dużo ciekawskich, którzy podziwiali niezwykły lot przedmiotów. Nott znudzony tym wydarzeniem nalał do swojego kieliszka soku dyniowego. Blado pomarańczowy płyn wypełnił szklane naczynie.
Gdy uczta się skończyła zaczarowane sklepienie w Wielkiej Sali było całkowicie ciemne. Teodor podniósł się i nie czekając na Draco, Blaise i Pansy wyszedł z pomieszczenia. Na korytarzach panował półmrok. Starożytne mury wydzielały nieprzyjemny i stęchły zapach ciągnąc go razem z zimnem. Teodor poczuł na barkach chłód. Szybko on jednak zniknął. Gdy Nott wszedł do pokoju wspólnego Ślizgonów zauważył, że jest on przyszykowany. Wszystko było oczywiste; Ślizgoni lubili od czasu do czasu się zabawić, a początek roku był idealną porą na to by zorganizować zabawę.
Teodor nie miał jednak zamiaru na nią iść. Wiedział, że od dzisiaj jego decyzje muszą być rozsądniejsze. Wiele stracił i żałował tego kim był. A warto czasem przeprowadzić jakąś zmianę.
~*~
Scarlett stanęła przed marmurowymi posągami gargulców. Wypowiedziała cicho hasło, które zdradziła jej tamtego dnia dyrektorka i weszła do okrągłego gabinetu. Minerwa McGonagall siedziała za mahoniowym biurkiem. Wskazała jej ręką fotel przed nim. Blondynka podeszła tam i usiadła na nim zapadając się w jego miękkiej konstrukcji.
— Panno Yaxley, dlaczego postanowiłaś tu wrócić? — zapytała Minerwa poprawiając kwadratowe okulary na szpiczastym nosie.
— Jestem gotowa, naprawdę. Sześć lat temu byłam pod kontrolą mojego ojca... Ja nie wiedziałam co robię. — powiedziała stanowczym głosem, który prawie załamał się pod natłokiem szarych myśli. Jednak Scarlett wiedziała, że nie może tego zepsuć.
— Na pewno? Twój ojciec uciekł z Azkabanu. Zdajesz sobie sprawę z tego, że jeżeli zaszkodzi naszej szkole będziesz musiała odejść z niej na zawsze? — Scarlett pokiwała głową. — A więc — ciągnęła nauczycielka. — Jeżeli twoja matka cię tu przysłała... Cóż, najpierw musisz mi coś obiecać, Scarlett. — Minerwa zniżyła głos do szeptu. Rzadko zdarzało się, że robiła coś podobnego ale ta sytuacja tego wymagała. — Jeśli będzie się zbliżał musisz uciekać. Nie będziesz mogła tu zostać.
— A jeśli się nie pojawi? — zasugerowała bardziej optymistyczną wersją. Minerwa przez chwilę milczała układając w głowie odpowiedź.
— Wtedy będziesz musiała tu zostać. Pamiętaj, że zostaniesz przeniesiona. Będziesz tu musiała spędzić sześć lat. Czy to jasne? — spytała kobieta w wysokim koku.
— Tak. Czy to znaczy... że ja...
— Yaxley — przerwała jej McGonagall. Powiodła po jej twarzy smutnym ale surowym spojrzeniem. — Uważaj na siebie, dobrze?
— Tak jest, pani profesor. — Scarlett o mało co nie wyskoczyła z siebie przemierzając korytarz. Wieczorem wydawał się być jeszcze straszniejszy niż zwykle, a dziewczyna była tu tylko raz w życiu. Ten rok był dla niej najwspanialszym w życiu. Wtedy kiedy jeszcze wszystko było normalne. Potem ojciec stał się śmierciożercom i odwrócił cały jej świat. Scarlett odgoniła te myśli z głowy, bo nawet to nie mogło zepsuć jej tej nocy.
Dziewczyna odszukała przejście do pokoju wspólnego Slytherinu. Zauważyła, że zgromadzili się tam wszyscy. Przynajmniej ci powyżej czternastu lat. Scarlett wyczuła obecność ognistej whisky, która stała na stoliku. Dało jej to do zrozumienia, że czas odejść. Wolała nie wplątywać się w żadne kłopoty.
Obejrzało się za nią grono młodszych chłopaków, jednak ona zignorowała to. Popędziła do dormitorium dziewcząt. Nikogo w nim nie było. Scarlett opadła na łóżko, przy którym umieściła wcześniej swój kufer. Cieszyła się, że Minewra okazała się być wyrozumiała.
Sześć lat tu do odpokutowania pomyślała z uśmiechem. Ale nie było to dla niej żadną karą. Wręcz przeciwnie. Nagrodą.
super! czekam na ciąg dalszy :)
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo.
UsuńJa również czekam.
OdpowiedzUsuń